wtorek, 12 czerwca 2012

BLIZNY - 4: Jad żmii



Ran było wiele. Tych większych i mniejszych, które stopniowo goiły się. Jednak ta ostatnia, największa, miała dołączyć do grona blizn znacznie później. Ciągle jeszcze się paprała i krwawiła. Ostatnia rana, jaką mu zadano. A może przedostatnia? pomyślał, odgarniając z jej czoła ciemne włosy.




Przed sześcioma dniami, tak jak kilkadziesiąt razy wcześniej, wszedł do jej komanty. Mosiężne drzwi uchyliły się ze zgrzytem. Jednak to nie ją zastał w pokoju. Gdy tylko ujrzał jasne, długie włosy i zimne spojrzenie pełne triumfu, zrozumiał, że wszystko stracone. Mógł tylko domyślać się jak bardzo będzie cierpiał... obydwoje będą cierpieli.
Królowa uśmiechnęła się do niego z pogardą. Stała przy tym samym stoliku, co dwa miesiące wcześniej, wśród rozsypanych na podłodze owoców, mógł zakończyć ten słodki rozdział w swoim życiu. Poczuł jak niewidzialny supeł zaciska się na jego gardle. To sznur. Taką samą pętlę niedługo dostanę. Kobieta kazała mu zamknąć za sobą drzwi. Posłuchał jej, robiąc to machinalnie, jak dobry pies.
- Możesz mi powiedzieć, co tutaj robisz, Sandorze? – spytała.
- Mógłbym spytać ciebie o to samo, pani.
Zaśmiała się, rozglądając przy okazji po małej komnacie. Stolik, spore, zaścielone łóżko, drewniana komódka i spiczaste okno. Nic nadzwyczajnego, a jednak zdążył już pokochać ten pokój. Choć nigdy nie przywiązywał się do żadnego miejsca, to mógłby nazwać tą komnatę swoim domem. Jaki z ciebie cholerny głupiec!
- Myślałeś, że nie wiem? – spytała, uśmiechając się do niego złośliwie, lecz w jej oczach widać było także gniew. – To mój zamek. To moi ludzie. Każdy z nich. A także mój gość honorowy. Mój, nie twój, psie. – Ostatnie słowo wypowiedziała z jadowitą pogardą. To go nie obchodziło. Niech obrzuca go obelgami, gnoi ile chce, może nawet kazać go torturować, powiesić... Tylko niech nic jej nie robi.
- Gdzie jest... – zaczął, lecz przerwała mu szybko.
-...twoja kochanka? – dokończyła. Czekał w milczeniu. Królowa zaśmiała się. – Tam gdzie miejsce kurwy.
Czuł się tak, jakby ktoś usunął mu grunt spod nóg. W jednej chwili wszystkie blizny rozerwały się, stając się jedną, wielką raną. Słabych czeka śmierć. Królowa nie kłamała. Nie tym razem. Widać było zadowolenie wypisane na jej twarzy.
- Gdzie? – powtórzył, nie panując nad gniewem. Pies nie powinien mieć słabych punktów. Zawsze o tym wiedział i tego się trzymał. Do czasu.
- Mogłeś temu zapobiec, zaoszczędzić jej bólu i poniżenia. Jednak ty wolałeś dalej chełpić się swoją zdobyczą – prychnęła, podchodząc do niego bliżej. Czuła się zbyt pewna siebie. Dobrze wiedziała, że nie może jej niczego zrobić. – Dziwię się, że ciebie chciała. Brałeś ją siłą? Płaciłeś jej? Nakładałeś na swoją potworną twarz maskę?
Nie wytrzymał i złapał ją za ramię. Mocno zacisnął na niej dłoń, tak jak wielokrotnie robili to ludzie księcia wobec jego ukochanej. Spojrzał na nią, czując gorzki smak gniewu. Przez chwilę miał wrażenie, że w oczach królowej dojrzał strach.
- Gdzie ona jest? – spytał ponownie.
- W burdelu. Najgorszym jaki tylko mogłam znaleźć – wysyczała mu prosto w twarz. Wzmocnił uścisk, wbijając palce w jej miękkie ciało.
- Gdzie? Mów! – rozkazał jej po raz pierwszy i ostatni w życiu. Zaśmiała się, jednak gdy tylko poczuła ból w przedramieniu jej mina spoważniała. Nie zamierzał jej łamać kości, jednak gdyby to było konieczne, pewnie by się nie zawahał. Powiedziała, gdzie. Dopiero wtedy puścił ją i ruszył w stronę drzwi.
- To wszystko przez ciebie, psie! – krzyczała za nim. – Musiałam jej dać nauczkę. Mam nadzieję, że obydwoje dobrze ją zapamiętacie. Posunąłeś się za daleko i...
Reszty nie usłyszał, zamknął za sobą mosiężne drzwi i zbiegł po schodach, zostawiając królową w komnacie, która wielokrotnie była jego domem.
Nie pamiętał nawet całej drogi - była dla niego owiana gęstą mgłą. Przyspieszony oddech, włosy przysłaniające oczy i tętent kopyt odbijających się od kamienistej drogi. W myślach szeptał tylko jej imię, prosząc wszystkich możliwych bogów, do których nigdy się nie modlił, by ją oszczędzili. Gdy dojechał na miejsce, zeskoczył z konia i ledwo utrzymał się na nogach. Były jak z waty. Nie wiedział czy to z powodu szybkiej jazdy czy strachu. Nie ważne. Liczyła się tylko ona.

2 komentarze:

  1. Podoba mi się ten fragment. Nienawidzę Cersei, więc sprawiło mi przyjemność czytanie, jak Sandor się jej stawia.
    Nie oszczędzasz cierpień swojej bohaterce, ale przynajmniej zaznała trochę słodko-gorzkiego szczęścia z Sandorem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo dobry fragment. Cersei została przedstawiona przez ciebie tak jak w samej Sadze, bardzo fajnie czytało się jej starcie z Sandorem.

    OdpowiedzUsuń